Arcydzieło z usterkami

 Czytam Twardocha. Jest to stwierdzenie o charakterze ogólnym i permanentnym, a jego sformułowanie zakiełkowało we mnie po „Morfinie”, dojrzało zaś teraz, gdy zakończyłem czytanie „Dracha”. „Czytam Twardocha” oznacza, że mam zamiar śledzić jego twórczość i dorywać ją, ledwie opuści drukarnię. Zasłużył sobie u mnie na to wzorem niewielu pisarzy, a są wśród nich Cormac McCarthy, Jacek Dehnel i Janusz Głowacki oraz oczywiście Martin i Pratchett, ale to zupełnie inna bajka. Czyli towarzystwo przednie i każdy by chciał do niego należeć.

A sam „Drach”? Łyknąłem go w trzy dni, mimo że cienki nie jest. To bardzo dobra książka, pisana z dużym nerwem i talentem. O czym mówi? Jest o Śląsku, o Śląsku widzianym oczyma Ślązaków i myślę, że w dużym stopniu jest dla Ślązaków, którzy jak mało która grupa etniczna mają problem z samookreśleniem, z identyfikacją narodowościową, bo ten odwieczny wir, ta centryfuga, kręcąca nimi wśród trzech bardzo dobrze określających się i często antagonistycznych narodów, miota nimi we wszystkie strony niczym bezwładnym, bezwolnym paprochem, nie pozwalając nigdzie zakotwiczyć na stale. U Twardocha znajdą potwierdzenie, że tacy są, taki jest ich świat i że to naturalne, bo inne być nie może. Jest też dla nieślązaków, zwłaszcza tych, którzy nie mając pojęcia o tym chaotycznym tyglu, próbują wtłaczać śląskie plemię w ramy ogólnopolskiego strychulca, gdzie patriotyzm  i ojczyzna mają tylko jedno imię i wyglądają jednakowo z każdej perspektywy. Zalecałbym do poczytania jako lekturę obowiązkową dla wszystkich, którzy dziwią się i oburzają na różne ambiwalencje w postępowaniu Ślązaków i ich stosunek do spraw narodowych.

„Drach” to saga, napisana wg rewelacyjnego wg mnie konceptu, który polega na tym, że opowiada ją ziemia. Ziemia ma to do siebie, że w zasadzie wszystko dla niej dzieje się równocześnie i takie tam przedziały czasowe, jak między rokiem 1906 a 2014 są do pominięcia. No i perspektywa jest taka, że w zasadzie po nieistotnym epizodzie wszystko, co z ziemi wyszło, do niej wraca i nic nie ma znaczenia poza nieskończonością trwania.

Oczywiście nie ma tak, żebym błędów nie znalazł, choć wynikają one raczej z faktu, że akurat znam się na tym, o czym Twardoch pisze, albo po prostu mieszkam tam. Bo „Drach” jest o Gliwicach i terenach wokół nich. I właśnie tu jest pierwszy błąd, wynikający z braku solidnego researchu, co mnie dziwi, bo Twardoch też tu mieszka. Może taki był pewien, że olał proste sprawdzenie w mapach Google. Chodzi mianowicie o czasoprzestrzeń, czyli pokonywanie odległości między miejscowościami. Jeden z głównych bohaterów (choć tam są sami główni, a jest ich legion) mieszka mianowicie w Nieborowicach, pracuje w kopalni Makoszowy w Zabrzu, a kochankę ma w Gliwicach na ulicy Barlickiego (nota bene w dzisiejszej siedzibie giełdowej firmy Wasko). Nie trzeba przypominać, że były to czasy (pierwsza i druga dekada XX wieku), gdy odległości między tymi punktami musiał on pokonywać najpierw na piechotę, a potem, w ramach skoku technologicznego, na rowerze. Otóż z Nieborowic do Makoszów pieszo dobrym marszem idzie się prawie 3,5 godziny, z Makoszów do Gliwic 2,5, a z Gliwic do Nieborowic znowu ponad 3. Rower to istotnie przyspiesza, ale nie aż tak, żeby dało się w ciągu jednego dnia roboczego dotrzeć do pracy, przepracować 8 godzin, wyjechać, wykąpać się i przebrać, po czym dotrzeć do kochanki, pobaraszkować ze dwie godziny, a potem wrócić do domu i mieć czas na jedzenie i spanie, gdy znów do roboty trzeba wstawać przed trzecią w nocy. Już nie mówiąc, że żona ma niczego nie podejrzewać. Normalnie arytmetycznie doby nie wystarcza, a Twardoch prześlizguje się nad tym jak nad oczywistością niewartą uwagi. To dość gruby błąd i duży minus, choć uznania dla tekstu bardzo mi nie zmniejsza. Może trochę tylko obniża szacunek dla solidności literackiej autora, bo jednak aż takich uniwersalnych błędów, do sprawdzenia przez każdego, robić się nie powinno.

Drugi błąd w przygotowaniu dotyczy górnictwa, czyli akurat dokładnie mojej działki, bowiem taki mam wyuczony zawód i do tego praktykowany przez dziesięć lat po studiach, dla przeciętnego czytelnika jest więc może mało ważny. Nie wdając się w szczegóły: kopalnia i w ogóle proces wydobycia węgla tak nie wygląda, jak o tym nadmienia Twardoch, ani opisywane maszyny nie są do tego, ani ludzie. Tu moja pretensja jest tego rodzaju, że Twardoch – Ślązak mieszkający w samym środku górniczego Śląska – mógłby się bardziej przyłożyć i postawić piwo sąsiadowi czy kolegom z klasy, żeby mu dokładnie opowiedzieli co i jak. Akurat w tych stronach to nietrudne. Książka w ogóle dotyka wielu specjalistycznych branż, od architektury po medycynę i patomorfologię i ja teraz nie wiem, czy tam autor przyłożył się bardziej, czy też ściemnia podobnie jak w przypadku tych dziedzin, na których ja się znam. A skoro mam wątpliwości, to zaufania mieć nie mogę i percepcja książki mi się obniża. Ale, jak wspomniałem, jakość tekstu jest tej klasy, że te błędy, nawet grube, jej specjalnie nie szkodzą i ujść może nawet bez mała 36-godzinna doba.

Przyczepić się też muszę, jako gorol, ale tutejszy, mieszkający wśród Ślązaków od ponad 40 lat, do robienia na siłę ze śląskiego dialektu osobnego języka, co ostatnio jest modne wśród tych zwłaszcza Ślązaków, którzy usilnie poszukują cech odrębności narodowej, upatrując w tym szansy na samookreślenie, z czym mają problem, jak wspomniałem, w tym regionie niebłahy. U Twardocha odrębność językową ma uwiarygadniać mnóstwo rozmaitych znaczków stawianych nad samogłoskami, osobliwie często nad „o”. To mnie trochę śmieszy, bo różne intonacje samogłoskowe występują we wszelkich regionalnych odmianach polskiego i idąc tym tropem na pewno nie mniejsze prawo do nazwania się językiem wg tego kryterium, a może i niekiedy większe, ma lwowskie bałakanie czy podlaskie sledziki. A jak się odrzuci te kreseczki, łuczki w dół i w górę i inne ostrokąciki, to wychodzi z tego całkiem przyjemna, staropolska gwara z pewną ilością germanizmów i czechizmów. I niestety do języka jej daleko.

Smutno i tragicznie się kończy ta opowieść, jak wiele takich opowieści o śląskich losach, a ja w finale znów mam pretensje do Twardocha o bezrefleksyjne podejście do tematu, o którym pisze. Jest tam bowiem scena wejścia Rosjan na Śląsk i Twardoch, pewnie dla efektu podkreślenia polskiego rozdarcia narodowościowego, w armii sowieckiej umieszcza żołnierza ze Lwowa, pisząc o nim, że w jego domu mówiło się po polsku, czyli w domyśle poza domem nie. Otóż to nie tak. Chłopak ze Lwowa, polskiego pochodzenia, w Armii Czerwonej to byłoby coś jak milion w Totolotka: teoretycznie mógł się trafić, a w praktyce nikt takich nie widział. Ja rozumiem zabieg, mający na celu zuniwersalizowanie i zrelatywizowanie podobnych dylematów wśród Ślązaków, że oni po różnych armiach byli porozrzucani, nieraz przeciw sobie nawzajem, ale akurat do Lwowa tego zastosować się nie da. Owszem, gdyby to był chłopak z Kazachstanu czy Syberii, to prędzej. Ale Lwów w czasie, gdy Rosjanie odbijali Śląsk, miał za sobą zaledwie roczny epizod władzy radzieckiej po 1939 r. i tyleż w 1944. Nie ma szans, żeby zdążyli jakiegoś Polaka w tym czasie zrusyfikować do tego stopnia, że poszedłby do radzieckiej armii, zwłaszcza że przecież już dwie armie polskie szły wtedy od tamtej strony i Kresowiacy wstępowali do nich masowo. Nie mówiąc, że patriotyzm Kresowiaków nijak się ma do poczucia przynależności narodowej Ślązaków i akurat tego zrelatywizować się nie da. Tu raczej dałoby się łatwo znaleźć przykład odwrotny: że się w domu mówiło po ukraińsku, a na ulicy po polsku. Ale też nieczęsto tacy szli do Armii Czerwonej akurat z tych terenów, prędzej do Bandery.

Wszystkie te usterki świadczą niestety o brakach w przygotowaniu do pisania tej książki i przekonaniu o własnej wiedzy, która riserczu nie potrzebuje. Jednak potrzebuje, i to mocno. Nie chciałbym jednak, żeby wyszło, że książkę te usterki dyskwalifikują. Na tle pięknej i trącającej o największą literaturę reszty wyglądają bowiem błaho i nieistotnie. Grymaszę, bo chciałbym doskonałości, bo się jej po Twardochu spodziewam. Mimo braków, które budzą we mnie odruchowy sprzeciw, książka sama w sobie jest znakomita i warta przeczytania, zwłaszcza na tle całej tej polskiej bryndzy wydawniczej. Gdybym jednak miał coś Twardochowi radzić, to niech – skoro tak nie lubi grzebać się w faktach – pisze jednak o tym, na czym się na pewno zna.

[Szczepan Twardoch, Drach, Wydawnictwo Literackie 2014]

Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *