Szambo na billboardzie

Kultura jest źródłem niespodzianek. Od razu uprzedzam, że będzie drastycznie, ale inaczej się nie da, skoro ta drastyczność wyskakuje na kulturalnego człowieka znienacka i wali obuchem w łeb. Co się stało? Jadę cija mianowicie rano do pracy, spokojnie, leniwie, w kolumnie samochodów, z których żaden nie ma chęci wyprzedzania, bo jest piątek i nikomu do pracy niespieszno, słucham w Trójce Wojciecha Manna rozprawiającego o książkach z Michałem Nogasiem. Rozmowa się kończy, wchodzą reklamy i WTEM! z głośnika jakiś pan radośnie wykrzykuje na mnie: polskie gówno! Przyznam, że osłupiałem i z początku myślałem, że się przesłyszałem, radio nie grało głośno, silnik burczał, może pan powiedział: gumno, albo coś podobnego? Albo że może zadzwonił wnerwiony słuchacz i z zaskoczenia rzucił mięsem? Bo jak uwierzyć w cokolwiek innego, w niezawodność słuchu?

Nie zdążyłem doprowadzić procesu myślowego do końca, gdy NAGLE! przed nosem pojawił mi się billboard rozmiarów pięć metrów na osiem, koloru nomen omen brązowego, a z niego wyskoczyło na mnie „Polskie gówno!” Aż przyhamowałem, stwarzając zagrożenie w ruchu drogowym, dzięki temu jednak doczytałem podtytuł, który wulgarny może nie był, natomiast nie mniej w tym kontekście szokujący. Otóż pod tamtym napisem, co go nie chcę powtarzać, żeby nie epatować, był dopisek: Musical. Dosłuchałem potem w kolejnej reklamie, że jest to musical filmowy, że znakomity, że Tymon Tymański i że wszyscy są szczęśliwi, że zagrali w takim świetnym filmie i będzie hit. No ja przepraszam, ale choćby tam puszczali muzykę na miarę Czajkowskiego czy Procol Harum, to mnie jako target stracili. Nie pójdę do kina na film, którego tytuł przy kasie nie przejdzie mi przez gardło.
Nie pójdę także dlatego, że co by tam w treści nie było, to w moim poczuciu estetyki przekroczony został próg zwyczajnej przyzwoitości, bo z g… to ja się spotykam w toalecie i też niechętnie, a nie w charakterze sztuki, niechby nawet wysokiej.

Trudno. Być może pozbawiłem się w tym momencie kontaktu z arcydziełem, tak przynajmniej sugerują twórcy, oczekując aplauzu. Szczerze mówiąc, nie sądzę.

Zaszufladkowano do kategorii O kulturze, O wszystkim | Dodaj komentarz

Arcydzieło z usterkami

 Czytam Twardocha. Jest to stwierdzenie o charakterze ogólnym i permanentnym, a jego sformułowanie zakiełkowało we mnie po „Morfinie”, dojrzało zaś teraz, gdy zakończyłem czytanie „Dracha”. „Czytam Twardocha” oznacza, że mam zamiar śledzić jego twórczość i dorywać ją, ledwie opuści drukarnię. Zasłużył sobie u mnie na to wzorem niewielu pisarzy, a są wśród nich Cormac McCarthy, Jacek Dehnel i Janusz Głowacki oraz oczywiście Martin i Pratchett, ale to zupełnie inna bajka. Czyli towarzystwo przednie i każdy by chciał do niego należeć.

A sam „Drach”? Łyknąłem go w trzy dni, mimo że cienki nie jest. To bardzo dobra książka, pisana z dużym nerwem i talentem. O czym mówi? Jest o Śląsku, o Śląsku widzianym oczyma Ślązaków i myślę, że w dużym stopniu jest dla Ślązaków, którzy jak mało która grupa etniczna mają problem z samookreśleniem, z identyfikacją narodowościową, bo ten odwieczny wir, ta centryfuga, kręcąca nimi wśród trzech bardzo dobrze określających się i często antagonistycznych narodów, miota nimi we wszystkie strony niczym bezwładnym, bezwolnym paprochem, nie pozwalając nigdzie zakotwiczyć na stale. U Twardocha znajdą potwierdzenie, że tacy są, taki jest ich świat i że to naturalne, bo inne być nie może. Jest też dla nieślązaków, zwłaszcza tych, którzy nie mając pojęcia o tym chaotycznym tyglu, próbują wtłaczać śląskie plemię w ramy ogólnopolskiego strychulca, gdzie patriotyzm  i ojczyzna mają tylko jedno imię i wyglądają jednakowo z każdej perspektywy. Zalecałbym do poczytania jako lekturę obowiązkową dla wszystkich, którzy dziwią się i oburzają na różne ambiwalencje w postępowaniu Ślązaków i ich stosunek do spraw narodowych.

„Drach” to saga, napisana wg rewelacyjnego wg mnie konceptu, który polega na tym, że opowiada ją ziemia. Ziemia ma to do siebie, że w zasadzie wszystko dla niej dzieje się równocześnie i takie tam przedziały czasowe, jak między rokiem 1906 a 2014 są do pominięcia. No i perspektywa jest taka, że w zasadzie po nieistotnym epizodzie wszystko, co z ziemi wyszło, do niej wraca i nic nie ma znaczenia poza nieskończonością trwania.

Oczywiście nie ma tak, żebym błędów nie znalazł, choć wynikają one raczej z faktu, że akurat znam się na tym, o czym Twardoch pisze, albo po prostu mieszkam tam. Bo „Drach” jest o Gliwicach i terenach wokół nich. I właśnie tu jest pierwszy błąd, wynikający z braku solidnego researchu, co mnie dziwi, bo Twardoch też tu mieszka. Może taki był pewien, że olał proste sprawdzenie w mapach Google. Chodzi mianowicie o czasoprzestrzeń, czyli pokonywanie odległości między miejscowościami. Jeden z głównych bohaterów (choć tam są sami główni, a jest ich legion) mieszka mianowicie w Nieborowicach, pracuje w kopalni Makoszowy w Zabrzu, a kochankę ma w Gliwicach na ulicy Barlickiego (nota bene w dzisiejszej siedzibie giełdowej firmy Wasko). Nie trzeba przypominać, że były to czasy (pierwsza i druga dekada XX wieku), gdy odległości między tymi punktami musiał on pokonywać najpierw na piechotę, a potem, w ramach skoku technologicznego, na rowerze. Otóż z Nieborowic do Makoszów pieszo dobrym marszem idzie się prawie 3,5 godziny, z Makoszów do Gliwic 2,5, a z Gliwic do Nieborowic znowu ponad 3. Rower to istotnie przyspiesza, ale nie aż tak, żeby dało się w ciągu jednego dnia roboczego dotrzeć do pracy, przepracować 8 godzin, wyjechać, wykąpać się i przebrać, po czym dotrzeć do kochanki, pobaraszkować ze dwie godziny, a potem wrócić do domu i mieć czas na jedzenie i spanie, gdy znów do roboty trzeba wstawać przed trzecią w nocy. Już nie mówiąc, że żona ma niczego nie podejrzewać. Normalnie arytmetycznie doby nie wystarcza, a Twardoch prześlizguje się nad tym jak nad oczywistością niewartą uwagi. To dość gruby błąd i duży minus, choć uznania dla tekstu bardzo mi nie zmniejsza. Może trochę tylko obniża szacunek dla solidności literackiej autora, bo jednak aż takich uniwersalnych błędów, do sprawdzenia przez każdego, robić się nie powinno.

Drugi błąd w przygotowaniu dotyczy górnictwa, czyli akurat dokładnie mojej działki, bowiem taki mam wyuczony zawód i do tego praktykowany przez dziesięć lat po studiach, dla przeciętnego czytelnika jest więc może mało ważny. Nie wdając się w szczegóły: kopalnia i w ogóle proces wydobycia węgla tak nie wygląda, jak o tym nadmienia Twardoch, ani opisywane maszyny nie są do tego, ani ludzie. Tu moja pretensja jest tego rodzaju, że Twardoch – Ślązak mieszkający w samym środku górniczego Śląska – mógłby się bardziej przyłożyć i postawić piwo sąsiadowi czy kolegom z klasy, żeby mu dokładnie opowiedzieli co i jak. Akurat w tych stronach to nietrudne. Książka w ogóle dotyka wielu specjalistycznych branż, od architektury po medycynę i patomorfologię i ja teraz nie wiem, czy tam autor przyłożył się bardziej, czy też ściemnia podobnie jak w przypadku tych dziedzin, na których ja się znam. A skoro mam wątpliwości, to zaufania mieć nie mogę i percepcja książki mi się obniża. Ale, jak wspomniałem, jakość tekstu jest tej klasy, że te błędy, nawet grube, jej specjalnie nie szkodzą i ujść może nawet bez mała 36-godzinna doba.

Przyczepić się też muszę, jako gorol, ale tutejszy, mieszkający wśród Ślązaków od ponad 40 lat, do robienia na siłę ze śląskiego dialektu osobnego języka, co ostatnio jest modne wśród tych zwłaszcza Ślązaków, którzy usilnie poszukują cech odrębności narodowej, upatrując w tym szansy na samookreślenie, z czym mają problem, jak wspomniałem, w tym regionie niebłahy. U Twardocha odrębność językową ma uwiarygadniać mnóstwo rozmaitych znaczków stawianych nad samogłoskami, osobliwie często nad „o”. To mnie trochę śmieszy, bo różne intonacje samogłoskowe występują we wszelkich regionalnych odmianach polskiego i idąc tym tropem na pewno nie mniejsze prawo do nazwania się językiem wg tego kryterium, a może i niekiedy większe, ma lwowskie bałakanie czy podlaskie sledziki. A jak się odrzuci te kreseczki, łuczki w dół i w górę i inne ostrokąciki, to wychodzi z tego całkiem przyjemna, staropolska gwara z pewną ilością germanizmów i czechizmów. I niestety do języka jej daleko.

Smutno i tragicznie się kończy ta opowieść, jak wiele takich opowieści o śląskich losach, a ja w finale znów mam pretensje do Twardocha o bezrefleksyjne podejście do tematu, o którym pisze. Jest tam bowiem scena wejścia Rosjan na Śląsk i Twardoch, pewnie dla efektu podkreślenia polskiego rozdarcia narodowościowego, w armii sowieckiej umieszcza żołnierza ze Lwowa, pisząc o nim, że w jego domu mówiło się po polsku, czyli w domyśle poza domem nie. Otóż to nie tak. Chłopak ze Lwowa, polskiego pochodzenia, w Armii Czerwonej to byłoby coś jak milion w Totolotka: teoretycznie mógł się trafić, a w praktyce nikt takich nie widział. Ja rozumiem zabieg, mający na celu zuniwersalizowanie i zrelatywizowanie podobnych dylematów wśród Ślązaków, że oni po różnych armiach byli porozrzucani, nieraz przeciw sobie nawzajem, ale akurat do Lwowa tego zastosować się nie da. Owszem, gdyby to był chłopak z Kazachstanu czy Syberii, to prędzej. Ale Lwów w czasie, gdy Rosjanie odbijali Śląsk, miał za sobą zaledwie roczny epizod władzy radzieckiej po 1939 r. i tyleż w 1944. Nie ma szans, żeby zdążyli jakiegoś Polaka w tym czasie zrusyfikować do tego stopnia, że poszedłby do radzieckiej armii, zwłaszcza że przecież już dwie armie polskie szły wtedy od tamtej strony i Kresowiacy wstępowali do nich masowo. Nie mówiąc, że patriotyzm Kresowiaków nijak się ma do poczucia przynależności narodowej Ślązaków i akurat tego zrelatywizować się nie da. Tu raczej dałoby się łatwo znaleźć przykład odwrotny: że się w domu mówiło po ukraińsku, a na ulicy po polsku. Ale też nieczęsto tacy szli do Armii Czerwonej akurat z tych terenów, prędzej do Bandery.

Wszystkie te usterki świadczą niestety o brakach w przygotowaniu do pisania tej książki i przekonaniu o własnej wiedzy, która riserczu nie potrzebuje. Jednak potrzebuje, i to mocno. Nie chciałbym jednak, żeby wyszło, że książkę te usterki dyskwalifikują. Na tle pięknej i trącającej o największą literaturę reszty wyglądają bowiem błaho i nieistotnie. Grymaszę, bo chciałbym doskonałości, bo się jej po Twardochu spodziewam. Mimo braków, które budzą we mnie odruchowy sprzeciw, książka sama w sobie jest znakomita i warta przeczytania, zwłaszcza na tle całej tej polskiej bryndzy wydawniczej. Gdybym jednak miał coś Twardochowi radzić, to niech – skoro tak nie lubi grzebać się w faktach – pisze jednak o tym, na czym się na pewno zna.

[Szczepan Twardoch, Drach, Wydawnictwo Literackie 2014]

Zaszufladkowano do kategorii Recenzje | Dodaj komentarz

Bumerang długodystansowy

Wracam. Po długim czasie, liczonym chyba w latach, wracam niczym bumerang do mojego bloga. Będę się starał pisać tu o tym, o czym dotychczas, czyli głównie opinie o książkach. Nie było mnie nie z lenistwa, lecz z powodów technicznych – mój provider zmienił otóż silnik bloga na WordPress, zapominając go spolszczyć, w związku z czym przez wiele miesięcy blog wyglądał jak australijski busz: same krzaki, co mnie zniechęciło i przestałem tu w ogóle zaglądać. Ale jest już dobrze, będę więc stopniowo przywracał to miejsce cywilizacji, aż będzie takie, jak chcę. Na razie witam wszystkich, którzy mnie jeszcze pamiętają. Wkrótce normalny wpis.

Zaszufladkowano do kategorii O wszystkim | Dodaj komentarz

Na dnie

sutree_big.jpg Jak napisać coś mądrego o książce, po przeczytaniu której ma się wrażenie, że w całej swej złożoności jest nie do ogarnięcia, że widzisz tylko jej fragment, a reszta jest jak na twoje możliwości intelektualne za wielka, że jej szerokości oczyma duszy nie ogarniesz, a głębokości ręką duszy nie zmierzysz? Czyli że to, co pokażesz, będzie tylko tym fragmentem, który był dla ciebie? Ta świadomość zostawia przykry osad; uświadomienie, że świata w całości to ty raczej nie ogarniesz, skoro książki nie ogarniasz, nie jest miłe. Taki jest dla mnie Cormac McCarthy w tej powieści, o której przeczytałem mnóstwo bzdur, z których żadna nie była prawdziwa, ale też żadna do końca nie kłamała. Najzabawniejsza powieść McCarthy’ego – nad tym zastanawiałem się najdłużej. Skąd komu do głowy przyszło, że to jest zabawne? Owszem, czasem się człowiek uśmiechnął nad groteską ludzkich perypetii, tak jak się nieraz bezwiednie uśmiechnie, gdy się staruszka na śliskim chodniku wygruzi. To tego rodzaju uśmiech, uśmiech z kręceniem głową nad śmiesznością nieszczęścia.

Trochę trafniejsze jest porównanie z  Markiem Twainem – konstrukcja opowieści faktycznie przypomina przygody Hucka Finna: to w zasadzie zbiór anegdot składających się na historię, anegdot z dużym stopniu autonomicznych, z których nie wynika nic dla postępu fabuły, poza snuciem się ogólnego nieszczęścia i nędzy. Anegdoty te bywają nawet po twainowsku zabawne i przewrotne, choć bardzo ponury Huck Finn się z tego wyłania. Lecz przecież nie w konstrukcji historii sedno. „Suttree” to opowieść o przegrywaniu życia, a jednocześnie o wielkiej z nim zgodzie, o akceptacji losu takiego, jaki nas spotyka. Bohater, tytułowy Suttree, to życie właśnie przegrał. Nie wiemy, jakie ono było, co miał do przegrania – coś lepszego niż ma dziś, to pewne, lecz co? Nie wiadomo. Lecz czy to ważne, z jak wysokiego konia się spadło, gdy już się leży na ziemi? McCarthy twierdzi, że nie, że ważne jest, czy się człowiek w tym nowym miejscu potrafi pozbierać, czy zaakceptuje swą nową rolę i nową pozycję.

Taka jest fabuła. Oprócz niej błysnął autor prawdziwym faulknerowskim talentem do strumieni świadomości. Nie od razu; na początku wydawać by się mogło, że mamy przed sobą zwykły zbiór menelskich historyjek z samego dna człowieczeństwa. Pisanie całym sobą narasta wraz z postępem historii, wraz z przybywaniem stron. Im głębiej czytelnik zanurza się w złożoność świata nędzy, tym więcej otrzymuje obnażonego wnętrza. Czyjego? Pisarza czy bohatera? Czy jest to mistrzowska kreacja, genialne wdrukowanie się w wymyśloną postać, czy też poprzez nią pokazanie męki własnych strachów i nieszczęść? Nie wiadomo. Mało kto wie coś bliższego o Cormacu McCarthym. Dlatego na razie nie  da się stwierdzić odpowiedzialnie, czy to prawda o żywym człowieku, czy to tylko gra. Wolałbym grę.

[Cormac McCarthy, Suttree, Wydawnictwo Literackie, 2011]

Zaszufladkowano do kategorii Recenzje | 2 komentarze

Szostak

gledzby_ropucha.jpgposzarpane_granie.jpgoberki.jpgwit-szostak-chocholy_189_m.jpgdumanowski_small.jpg

Do prozy Wita Szostaka byłem namawiany dość intensywnie przez chyba dwa lata. Że biorąc pod uwagę moje preferencje literackie powinienem się zachwycić. Jakoś nie mogłem się zdecydować, a gdy w końcu mnie złamano, wydawało się, że instynkt mnie nie zawiódł – przeczytane w pierwszej kolejności „Ględźby Ropucha” i „Poszarpane granie” nie trafiły mi do przekonania, wydały się sztuczne i toporne, do tego fabularnie nienadzwyczajne. Myślałem, że na tym się moja przygoda z krakowskim pisarzem zakończy, gdy trochę przypadkiem, a trochę na zasadzie ostatniej szansy przytrafiły mi się „Oberki do końca świata”. Przyznam, że nieco mnie przytkało. To była jedna z najlepszych książek, jakie ostatnimi laty wpadły mi w ręce. Powieść grająca, powieść nie o muzyce, lecz będąca muzyką samą, napisana pięknie, śpiewnie i magicznie, aż chciało się ją ciągnąć i ciągnąć bez końca i żal było, gdy ów koniec jednak nastąpił.

Potem ukazały się „Chochoły”, koło których chodziłem chyba z rok. „Chochoły” z jednej strony kusiły obietnicą dobrej prozy, zapowiedzianej w „Oberkach”, z drugiej – hamowało mnie wspomnienie nieudanej przygody z ich poprzednikami. W końcu jednak trafiłem na okazję u wydawcy i nabyłem je w pakiecie z nową powieścią, pt. „Dumanowski”. Zakup udany był, jak się okazało , połowicznie.

„Chochoły” to wielka rzecz. Kontynuacja – fabularna, ale też klimatyczna – „Oberków”, a jednak całkiem inna, gęsta, poetycka, pełna nastroju bliskiego magii, umowna w formie, nostalgiczna i gloryfikująca tradycję w treści. Trudna do opisania, trudna do zrecenzowania, bo niemal każdy, z kim o niej rozmawiam, widzi w niej co innego i co innego go w niej zachwyca. A zachwyca niemal wszystkich. I nawet daruje się autorowi pewne słabości i nierówności tekstu, a wydawcy (choć z bólem) dramatyczne faule redakcyjno-korektorskie. Wielkość „Chochołów” wszystkie te słabości przykrywa.

Po takiej uczcie z zapałem zabrałem się więc za najnowsze dziecko Szostaka, czyli za „Dumanowskiego”. A mogłem tego nie robić. „Dumanowski” „Chochołów” nie jest nawet cieniem. To taki żart – quasi popularnonaukowa rozprawa, niby biografia, wymyślonego bohatera narodowego, Józafata Dumanowskiego, osadzona w alternatywnej historii Krakowa. Pomysł może niezły, lecz niestety wykonanie udane średnio. Nie wciąga, nie pasjonuje, nawet nie wywołuje uśmiechu, choć chyba powinna. Może to wina konfrontacji z genialnymi „Chochołami”, które przeczytałem tuż przedtem, może samej koncepcji, może zbytniego zaufania autora swemu talentowi i profesjonalizmowi – nie wiem. Kuleje „Dumanowski” i fabularnie, i warsztatowo, a swoje dokłada wydawnictwo  „Lampa i Iskra Boża”, doktrynalnie chyba odpuszczając sobie robotę redaktora.

Mam więc z Szostakiem problem: nie wiem, czy on geniusz, czy średniak, bo zależnie od dzieła daje się kwalifikować i tu, i tu. Myślę jednak, że średniak takich perełek, jak „Oberki” i „Chochoły” nawet przypadkiem by nie spłodził. Więc może to pisarz, który pisać dużo nie powinien, a czekać raczej na prawdziwe natchnienie? Bo jak wyławiać z jego twórczości dzieła znakomite, nie będąc zmuszonym do brnięcia przez przeciętność? No ba, marzy mi się świat idealny. Czyli twórczość Szostaka pozostanie chyba terenem eksploracji czytelniczej niepewnym i ryzykownym, i tacy jak ja zwolennicy odkrywania klejnotów wśród nowości skazani będą na przebieranie wśród zwykłych kamieni, by niekiedy trafić na diament. Ale może warto?

Zaszufladkowano do kategorii O kulturze, Recenzje | Dodaj komentarz

Dowcip ukryty

wada_ukryta_mala1.jpgOd kilku lat jestem wielkim fanem nowej literatury amerykańskiej. To znaczy nie całej: wstrząsa mną raz po raz Cormac McCarthy, przekraczający coraz to nowe granice turpizmu, zachwyca – zupełnie nie wiem czym, ale zachwyca niesamowicie – Don DeLillo, ale już Philip Roth jest jak dla mnie za bardzo hermetyczny kulturowo i zbyt zamknięty w rozdrapywaniu i miętoszeniu różnych fobii i kompleksów żydowskich, które pewnie, gdybym był Żydem, rozumiałbym i brał do serca bardziej. Jednak pisarz z niego rasowy, mistrzostwo uznaję, choć do mnie zbytnio nie trafia. Jest jednak jeden wśród tych wielkich, którym laurki świat wystawia, a mnie nie przekonuje zupełnie, zupełnie nie widzę w nim owej wieszczonej powszechnie wielkości i geniuszu. Ten jeden to Thomas Pynchon.

Próbowałem dwa razy i dwa razy się nie udało, z tych samych powodów: nie czuję kontekstu. Ani w „49 idzie pod młotek”, ani – może nawet jeszcze bardziej – w przeczytanej ostatnio „Wadzie ukrytej”. Zwłaszcza zawiodłem się na tej drugiej. W recenzjach pojawiały się określenia, że śmieszna, że wykpiwa, że parodiuje, że Chandler w krzywym zwierciadle Ameryki lat 70. Lubię śmieszne książki, a jeszcze bardziej kpiarskie i szydercze, że o parodiach nie wspomnę. Z takim więc pozytywnym nastawieniem, mimo rozczarowania „49”-tką, zabrałem się do czytania. No i te 500 bez mała stron były nudne, nie zmuszające do żadnej refleksji, nie wciągały, nie wstrząsały ani nie bawiły. Powieść bowiem najeżona jest odniesieniami do zdarzeń i kontekstów społecznych, kulturowych, politycznych i innych Ameryki, o których w większości nie mam pojęcia. A jeśli się te konteksty i odniesienia pominie, to zostaje monotonny obraz ujaranego trawką prywatnego detektywa, który rozwiązuje jakąś niejasną aferę, kogoś śledzi, ktoś śledzi jego, obok przewala się trudny do ogarnięcia, chaotyczny tłum postaci, o których do samego końca nie wiadomo, czy są istotne, czy w ogóle do wyrzucenia z pamięci i tekstu, a wszystko to napisane w taki sposób, że po dniu przerwy zupełnie nie pamiętałem, o czym czytałem przedwczoraj. I co z tego, że to niby karykatura Philipa Marlowe i niektórych bohaterów filmów braci Coen. Mnie ta karykatura w ogóle nie śmieszy, bo zbyt rzadko wiem, z czego miałbym się śmiać. Same dialogi na haju nie wystarczą.

Jak mówiłem, nie winię za to autora. To raczej wina moja, mojego zbyt małego oblatania w szczegółach amerykańskiej hipisowskiej rewolucji i w ogóle w detalach amerykańskiego życia społecznego. I nie zdziwiłbym się, gdyby przy tej książce pół Ameryki leżało z obolałym ze śmiechu brzuchem. Ja niestety nie leżę, bo w ogóle nigdy w Ameryce nie byłem, nie wybieram się, a amerykański model życia – teraz czy za Nixona – nie jest tym, ktory najbardziej na świecie podziwiam i akceptuję. No to z czego ja miałbym się śmiać?

[Thomas Pynchon, Wada ukryta, Wydawnictwo Albatros, 2011]

Zaszufladkowano do kategorii Recenzje | 5 komentarzy

Czas zacząć

I stało się. Stary blog z kobyłą odchodzi do lamusa, a mnie jest bardzo miło powitać wszystkich przyjaciół w mojej własnej strefie. Ten blog będzie miał nieco inną formułę, zakładam większą prywatność dostępu, a więc bez upubliczniania go w wyszukiwarkach. Oczywiście nie jest to blog tajny, tylko może trochę bardziej ukryty i mniej przez to narażony na przypadkowe wizyty. Jeśli ktoś tu trafi, to z reguły świadomie.

A poza tym będzie jak było. Będę wymądrzał się o książkach, a niekiedy nie tylko. Więcej będzie o tym, co robię w mojej ulubionej dziedzinie, a więc w pisaniu, będą różne michałki, wkurzenia i obśmiania. Czyli po staremu, jak to u woya. Zapraszam wszystkich, z wyjątkiem dzieci neostrady. Od razu mówię, że słitaśnej gówniarzerii nie trawię i na wizyty na różowych blogach nikt mnie nie namówi.

Gdy już więc postraszyłem kogo należało, resztę zapraszam do czytania i komentowania. Zawsze lubiłem z wami pogadać.

Zaszufladkowano do kategorii O wszystkim | 3 komentarze