| P | W | Ś | C | P | S | N |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « lut | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
27. Luty 2012 od woy.
Jak napisać coś mądrego o książce, po przeczytaniu której ma się wrażenie, że w całej swej złożoności jest nie do ogarnięcia, że widzisz tylko jej fragment, a reszta jest jak na twoje możliwości intelektualne za wielka, że jej szerokości oczyma duszy nie ogarniesz, a głębokości ręką duszy nie zmierzysz? Czyli że to, co pokażesz, będzie tylko tym fragmentem, który był dla ciebie? Ta świadomość zostawia przykry osad; uświadomienie, że świata w całości to ty raczej nie ogarniesz, skoro książki nie ogarniasz, nie jest miłe. Taki jest dla mnie Cormac McCarthy w tej powieści, o której przeczytałem mnóstwo bzdur, z których żadna nie była prawdziwa, ale też żadna do końca nie kłamała. Najzabawniejsza powieść McCarthy’ego - nad tym zastanawiałem się najdłużej. Skąd komu do głowy przyszło, że to jest zabawne? Owszem, czasem się człowiek uśmiechnął nad groteską ludzkich perypetii, tak jak się nieraz bezwiednie uśmiechnie, gdy się staruszka na śliskim chodniku wygruzi. To tego rodzaju uśmiech, uśmiech z kręceniem głową nad śmiesznością nieszczęścia.
Trochę trafniejsze jest porównanie z Markiem Twainem - konstrukcja opowieści faktycznie przypomina przygody Hucka Finna: to w zasadzie zbiór anegdot składających się na historię, anegdot z dużym stopniu autonomicznych, z których nie wynika nic dla postępu fabuły, poza snuciem się ogólnego nieszczęścia i nędzy. Anegdoty te bywają nawet po twainowsku zabawne i przewrotne, choć bardzo ponury Huck Finn się z tego wyłania. Lecz przecież nie w konstrukcji historii sedno. “Suttree” to opowieść o przegrywaniu życia, a jednocześnie o wielkiej z nim zgodzie, o akceptacji losu takiego, jaki nas spotyka. Bohater, tytułowy Suttree, to życie właśnie przegrał. Nie wiemy, jakie ono było, co miał do przegrania - coś lepszego niż ma dziś, to pewne, lecz co? Nie wiadomo. Lecz czy to ważne, z jak wysokiego konia się spadło, gdy już się leży na ziemi? McCarthy twierdzi, że nie, że ważne jest, czy się człowiek w tym nowym miejscu potrafi pozbierać, czy zaakceptuje swą nową rolę i nową pozycję.
Taka jest fabuła. Oprócz niej błysnął autor prawdziwym faulknerowskim talentem do strumieni świadomości. Nie od razu; na początku wydawać by się mogło, że mamy przed sobą zwykły zbiór menelskich historyjek z samego dna człowieczeństwa. Pisanie całym sobą narasta wraz z postępem historii, wraz z przybywaniem stron. Im głębiej czytelnik zanurza się w złożoność świata nędzy, tym więcej otrzymuje obnażonego wnętrza. Czyjego? Pisarza czy bohatera? Czy jest to mistrzowska kreacja, genialne wdrukowanie się w wymyśloną postać, czy też poprzez nią pokazanie męki własnych strachów i nieszczęść? Nie wiadomo. Mało kto wie coś bliższego o Cormacu McCarthym. Dlatego na razie nie da się stwierdzić odpowiedzialnie, czy to prawda o żywym człowieku, czy to tylko gra. Wolałbym grę.
[Cormac McCarthy, Suttree, Wydawnictwo Literackie, 2011]
Zapisano w Recenzje | 2 Komentarze »
27. Styczeń 2012 od woy.
Do prozy Wita Szostaka byłem namawiany dość intensywnie przez chyba dwa lata. Że biorąc pod uwagę moje preferencje literackie powinienem się zachwycić. Jakoś nie mogłem się zdecydować, a gdy w końcu mnie złamano, wydawało się, że instynkt mnie nie zawiódł – przeczytane w pierwszej kolejności „Ględźby Ropucha” i „Poszarpane granie” nie trafiły mi do przekonania, wydały się sztuczne i toporne, do tego fabularnie nienadzwyczajne. Myślałem, że na tym się moja przygoda z krakowskim pisarzem zakończy, gdy trochę przypadkiem, a trochę na zasadzie ostatniej szansy przytrafiły mi się „Oberki do końca świata”. Przyznam, że nieco mnie przytkało. To była jedna z najlepszych książek, jakie ostatnimi laty wpadły mi w ręce. Powieść grająca, powieść nie o muzyce, lecz będąca muzyką samą, napisana pięknie, śpiewnie i magicznie, aż chciało się ją ciągnąć i ciągnąć bez końca i żal było, gdy ów koniec jednak nastąpił.
Potem ukazały się „Chochoły”, koło których chodziłem chyba z rok. „Chochoły” z jednej strony kusiły obietnicą dobrej prozy, zapowiedzianej w „Oberkach”, z drugiej – hamowało mnie wspomnienie nieudanej przygody z ich poprzednikami. W końcu jednak trafiłem na okazję u wydawcy i nabyłem je w pakiecie z nową powieścią, pt. „Dumanowski”. Zakup udany był, jak się okazało , połowicznie.
„Chochoły” to wielka rzecz. Kontynuacja – fabularna, ale też klimatyczna – „Oberków”, a jednak całkiem inna, gęsta, poetycka, pełna nastroju bliskiego magii, umowna w formie, nostalgiczna i gloryfikująca tradycję w treści. Trudna do opisania, trudna do zrecenzowania, bo niemal każdy, z kim o niej rozmawiam, widzi w niej co innego i co innego go w niej zachwyca. A zachwyca niemal wszystkich. I nawet daruje się autorowi pewne słabości i nierówności tekstu, a wydawcy (choć z bólem) dramatyczne faule redakcyjno-korektorskie. Wielkość „Chochołów” wszystkie te słabości przykrywa.
Po takiej uczcie z zapałem zabrałem się więc za najnowsze dziecko Szostaka, czyli za „Dumanowskiego”. A mogłem tego nie robić. „Dumanowski” „Chochołów” nie jest nawet cieniem. To taki żart – quasi popularnonaukowa rozprawa, niby biografia, wymyślonego bohatera narodowego, Józafata Dumanowskiego, osadzona w alternatywnej historii Krakowa. Pomysł może niezły, lecz niestety wykonanie udane średnio. Nie wciąga, nie pasjonuje, nawet nie wywołuje uśmiechu, choć chyba powinna. Może to wina konfrontacji z genialnymi „Chochołami”, które przeczytałem tuż przedtem, może samej koncepcji, może zbytniego zaufania autora swemu talentowi i profesjonalizmowi – nie wiem. Kuleje „Dumanowski” i fabularnie, i warsztatowo, a swoje dokłada wydawnictwo „Lampa i Iskra Boża”, doktrynalnie chyba odpuszczając sobie robotę redaktora.
Mam więc z Szostakiem problem: nie wiem, czy on geniusz, czy średniak, bo zależnie od dzieła daje się kwalifikować i tu, i tu. Myślę jednak, że średniak takich perełek, jak „Oberki” i „Chochoły” nawet przypadkiem by nie spłodził. Więc może to pisarz, który pisać dużo nie powinien, a czekać raczej na prawdziwe natchnienie? Bo jak wyławiać z jego twórczości dzieła znakomite, nie będąc zmuszonym do brnięcia przez przeciętność? No ba, marzy mi się świat idealny. Czyli twórczość Szostaka pozostanie chyba terenem eksploracji czytelniczej niepewnym i ryzykownym, i tacy jak ja zwolennicy odkrywania klejnotów wśród nowości skazani będą na przebieranie wśród zwykłych kamieni, by niekiedy trafić na diament. Ale może warto?
Zapisano w O kulturze, Recenzje | Brak komentarzy »
14. Grudzień 2011 od woy.
Od kilku lat jestem wielkim fanem nowej literatury amerykańskiej. To znaczy nie całej: wstrząsa mną raz po raz Cormac McCarthy, przekraczający coraz to nowe granice turpizmu, zachwyca - zupełnie nie wiem czym, ale zachwyca niesamowicie - Don DeLillo, ale już Philip Roth jest jak dla mnie za bardzo hermetyczny kulturowo i zbyt zamknięty w rozdrapywaniu i miętoszeniu różnych fobii i kompleksów żydowskich, które pewnie, gdybym był Żydem, rozumiałbym i brał do serca bardziej. Jednak pisarz z niego rasowy, mistrzostwo uznaję, choć do mnie zbytnio nie trafia. Jest jednak jeden wśród tych wielkich, którym laurki świat wystawia, a mnie nie przekonuje zupełnie, zupełnie nie widzę w nim owej wieszczonej powszechnie wielkości i geniuszu. Ten jeden to Thomas Pynchon.
Próbowałem dwa razy i dwa razy się nie udało, z tych samych powodów: nie czuję kontekstu. Ani w “49 idzie pod młotek”, ani - może nawet jeszcze bardziej - w przeczytanej ostatnio “Wadzie ukrytej”. Zwłaszcza zawiodłem się na tej drugiej. W recenzjach pojawiały się określenia, że śmieszna, że wykpiwa, że parodiuje, że Chandler w krzywym zwierciadle Ameryki lat 70. Lubię śmieszne książki, a jeszcze bardziej kpiarskie i szydercze, że o parodiach nie wspomnę. Z takim więc pozytywnym nastawieniem, mimo rozczarowania “49″-tką, zabrałem się do czytania. No i te 500 bez mała stron były nudne, nie zmuszające do żadnej refleksji, nie wciągały, nie wstrząsały ani nie bawiły. Powieść bowiem najeżona jest odniesieniami do zdarzeń i kontekstów społecznych, kulturowych, politycznych i innych Ameryki, o których w większości nie mam pojęcia. A jeśli się te konteksty i odniesienia pominie, to zostaje monotonny obraz ujaranego trawką prywatnego detektywa, który rozwiązuje jakąś niejasną aferę, kogoś śledzi, ktoś śledzi jego, obok przewala się trudny do ogarnięcia, chaotyczny tłum postaci, o których do samego końca nie wiadomo, czy są istotne, czy w ogóle do wyrzucenia z pamięci i tekstu, a wszystko to napisane w taki sposób, że po dniu przerwy zupełnie nie pamiętałem, o czym czytałem przedwczoraj. I co z tego, że to niby karykatura Philipa Marlowe i niektórych bohaterów filmów braci Coen. Mnie ta karykatura w ogóle nie śmieszy, bo zbyt rzadko wiem, z czego miałbym się śmiać. Same dialogi na haju nie wystarczą.
Jak mówiłem, nie winię za to autora. To raczej wina moja, mojego zbyt małego oblatania w szczegółach amerykańskiej hipisowskiej rewolucji i w ogóle w detalach amerykańskiego życia społecznego. I nie zdziwiłbym się, gdyby przy tej książce pół Ameryki leżało z obolałym ze śmiechu brzuchem. Ja niestety nie leżę, bo w ogóle nigdy w Ameryce nie byłem, nie wybieram się, a amerykański model życia - teraz czy za Nixona - nie jest tym, ktory najbardziej na świecie podziwiam i akceptuję. No to z czego ja miałbym się śmiać?
[Thomas Pynchon, Wada ukryta, Wydawnictwo Albatros, 2011]
Zapisano w Recenzje | 4 Komentarze »
13. Grudzień 2011 od woy.
I stało się. Stary blog z kobyłą odchodzi do lamusa, a mnie jest bardzo miło powitać wszystkich przyjaciół w mojej własnej strefie. Ten blog będzie miał nieco inną formułę, zakładam większą prywatność dostępu, a więc bez upubliczniania go w wyszukiwarkach. Oczywiście nie jest to blog tajny, tylko może trochę bardziej ukryty i mniej przez to narażony na przypadkowe wizyty. Jeśli ktoś tu trafi, to z reguły świadomie.
A poza tym będzie jak było. Będę wymądrzał się o książkach, a niekiedy nie tylko. Więcej będzie o tym, co robię w mojej ulubionej dziedzinie, a więc w pisaniu, będą różne michałki, wkurzenia i obśmiania. Czyli po staremu, jak to u woya. Zapraszam wszystkich, z wyjątkiem dzieci neostrady. Od razu mówię, że słitaśnej gówniarzerii nie trawię i na wizyty na różowych blogach nikt mnie nie namówi.
Gdy już więc postraszyłem kogo należało, resztę zapraszam do czytania i komentowania. Zawsze lubiłem z wami pogadać.
Zapisano w O wszystkim | 3 Komentarze »